II Wolbromska Jesień Poetycka

Dodał(a): Magdalena Świerczek-Gryboś | środa, 6 stycznia 2021
II Wolbromska Jesień Poetycka

Poniżej przedstawiamy zwycięskie wiersze z naszej II Wolbromskiej Jesieni Poetyckiej pod hasłem „Piękna nasza Polska cała. Wspomnienia z podróży”. Patronat honorowy nad konkursem objął Minister Infrastruktury, Andrzej Adamczyk. Na konkurs przysłano 100 zestawów wierszy z całej Polski. Jury wyłoniło 14 laureatów.

W galerii na końcu wpisu można zobaczyć almanach pokonkursowy, plakaty i nagrody od Ministerstwa Infrastruktury, Wydawnictwa Literackiego i Domu Kultury w Wolbromiu.

Zapraszamy do udziału za rok!

 

Kategoria ogólnopolska

miejsce pierwsze

Weronika Pytlarz, godło „WERS”

Piła

 

„U mnie”

 

To chore miasto

zaplata mi dłonie wokół szyi

i mruczy kołysanki z podtekstami

i coraz płytsze mam oddechy.

 

To chore miasto

nie daje gwiazdom

spadać z nieba,

nie daje zasnąć

i do świtu spać na ławce,

nie daje człowiekowi człowieka.

 

To chore miasto

ma głodny wzrok,

bezduszne wyroki

i zielone płoty.

 

Zaśnijmy

zanim będzie jasno.

 

 

„Niech szumi”

 

Szumi w głowie.

Szumi słona woda

tylko przyłożyć do rany.

Na słońcu z boku na bok

 

jak śniadaniowy boczek

na patelni.

Przez okulary, bo zbyt wyraźnie,

bo my lubimy jedynie tak sobie.

 

Niech szumi, niech wygładzi

wszystkie odłamki szkła

ciskane ze złości w morze,

niech zaleje pół plaży

na swój kaprys.

 

By się chciało na drugi brzeg.

By się chciało, bo nie wiadomo jak jest,

bo się wydaje, że lepiej.

Skrzek mew już nie robi wrażenia.

Zresztą co robi?

 

Niech szumi, niech sparzy skórę

i niech mi się przytyje

od codziennych gofrów,

 

byle więcej nie zapiekły rany.

 

 

„Blisko/daleko”

 

Krowy pasły się leniwie,

koty biegały po podwórku.

 

Chodziliśmy pod jabłoń,

taką, co była najdalej.

 

Babcia plotła wianki z chabrów,

dziadek łowił ryby.

 

Niby tak blisko,

a jakby dalej od świata.

 

 

 

miejsce drugie

Marek Michał Kiełpinski, godło „Teresa Jerled”

Bydgoszcz

 

„KATEDRY KIRCHY SOBORY”

 

Przebywam w głuszy wśród hałasu

Kołyszę się ciałem w przedziale

Wypatruję odległych miejsc

W kraju katedr kirch soborów

Ugasiłem ogniska wojen i romansów

Daleko od rodzinnego domu

Szukam majaku światła

Wśród zimna nocy samotni

Mogę odnaleźć siebie

Duch przeszedł na drugą stronę

 

 

„STARÓWKA”

 

Wysokie wieże

Żałobnie krzyczą

Mokre kamienie

Cicho medytują

Stare mogiły

Trwale pamiętają

 

Pęd pojazdów

Zagłusza spokój

Monotonnie trąbiąc

Zwyczajnie dzwoniąc

Odsuwa zastój

Niszczy vanitas

 

Tu i teraz nie wie

Przeszłością będzie

Narodzinami umrze

 

Pogniły warstwy

Każdego teraz  

Każdego jutro

 

 

miejsce trzecie

Paulina Wojciechowska, godło „Beatrycze”

Sosnowiec

 

„Na pole”

 

Perzowa wiara; pole obsiewane żalem

rok w rok – znów nadchodzą żniwa;

skąd bierze się perlista rosa

i o czym myśli ślepy jastrząb, kołując bez celu?

szklarnie – malowane akwarelą,

cierpią na kruchość płytkiej szarości;

drewniana ławka nosi imiona zakochanych,

ziemię pokrywa bielmo twardej skorupy,

a wiatr podrywa w górę proch ulotnych wspomnień;

skąd jesteś ty, dziecko tej natury:

kojone szelestem suchego źdźbła,

leżące pośród kłosów złotych zbóż?

nie patrzysz na wachlarz czerwonych wstęg

i tabun kobiet w haftowanych chustach,

targujących się o cenę jarzębin,

zaciskając złożone do modlitwy dłonie…

 

 

„Przeciwko żywiołom”

 

Bezwiednie wznoszą się dmuchawce,

chwycone ogonem wiatru

– jak ptaki szybują nad łąką,

giną w nurcie przejrzystej wody;

milczenie traw budzi wzburzenie,

obłoków targanych frontami powietrza;

firmament ziemi zalewa atrament,

na kawałki rozpada się dźwięk;

grom rozkłada ramiona pajęcze,

tka sieć nagłego oświecenia;

modlą się owady w zakamarkach łąki,

kwilą w przestrachu czujne kuropatwy;

cofniesz się ty także w tył bo nie wypada,

starym żywiołom ujmować dumy:

zasłonisz głowę przed ulewą,

buty zawrócisz od kałuży

 

 

„Ja, wróbel”

 

Skacze po gałązce wróbel, sierota –

słucha historii o platformach wiertniczych,

czarnym złocie i ludzkich nadziejach;

przekazują sobie znak pokoju,

dumni w obliczu pierwszeństwa planet,

chodzą wyprostowani od rana do wieczora,

zasypiają z nowym sumieniem;

nie ma tu czego szukać państwowa służba,

jabłka spadają po odpowiedniej stronie między;

w tym roku róże kwitną bez kolców

i bezlistna aronia nabiera kolorów;

pochylone wierzby przestały płakać,

lecz oni jedynie w kałuży mogą zobaczyć

czerń i surowe piękno bogactwa,

o którym opowiadać mogą przy żniwach,

sobie wzajemnie i dzikiemu ptactwu

 

 

wyróżnienia

Magdalena Cybulska, godło „Porzeczka”

Łódź

 

„Rudy Wielkie”

 

Odcisk psiej łapy w średniowiecznej cegle. Dokąd on pobiegł, machając ogonem? Czy jego sierść była miękka czy szorstka w dotyku? Nikt już się nie dowie. Nie przywołam go. Bo nie znam psiego imienia. Przepadło. Gotycka Matka Boska z dzieciątkiem. Co widziały jej oczy?

Tyle ludzkich twarzy niesie pod powiekami. Pewnie jej ciężki. Próbuję sobie to wszystko wyobrazić. Średniowieczną rozpacz i szczęście. Ocalili ją przed wiecznością. Posklejali spękania w drewnie. Choć się o to nie modliła. Jest zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa. Czy zbierała poziomki, piekła chleb a może łapała jaskółki za ogon? Była chyba kiedyś małą dziewczynką. W wirydarzu dzień pachnie ziołami. Czas jest gęsty jak lipowy miód. Skapują żółte krople. Wyjmuję z niego płatki, igły, listeczki, trzmiele. Pod ścianą opactwa olbrzymi dąb. Jego myśli pełne chmur i obłoków. Raz tracił a raz odzyskiwał wiarę. Jego młodsi bracia jeszcze nie wiedzą, dokąd zawędrują. A może zostaną tutaj na zawsze. Wtuleni w stawy. W wielką przeszłość, która trwała tu jeszcze parę chwil temu. Tylko mrówki szepczą „ora et labora”.

 

„Rezerwat Spała”

 

Historia starych drzew jest historią nas samych. Lecz pewnego dnia i one przestaną mówić. Ich cienie spróchnieją. Zielone słowa nie zostaną wypowiedziane. Zatrzymają się w połowie ścieżki. Na potężne konary wbiegną grzyby. Czas przyspieszy. I nawet rzeka nie będzie mogła ocalić ważki. Pejzaż pokryje żółta mimoza. Sosny na szczudłach stoją cierpliwie na piaszczystym brzegu, prawie moczą stopy w wodzie. Przyjdzie dzień, że wybiegną swoim nieistniejącym braciom i siostrom na spotkanie. Wpadną sobie w sękate ramiona. Wysypią się z nich suche igły i liście. Tyle mają bowiem sobie do opowiedzenia. Puszcza karleje. Gubi kukułki i dzięcioły. Ma dłonie mokre od żywicy. Odleciała carska rodzina. Lord pies prezydenta Mościckiego nie potrafi ich odnaleźć. Tylko źródła wciąż rodzą. Jakby wiedziały, że jedynie tak  zapewnią sobie życie wieczne.

 

 

„Sierpień w Inowłodzu”

 

Pola drapią po żniwach i nie można już do nich przytulić policzka. Dzikie grusze jak stare ciotki zapomniały, co mają jutro zrobić. Ich jesień przyszła o wiele za wcześnie. W poszukiwaniu skowronków, przekładają chmury z jednego miejsca na drugie. Omijają ludzi z daleka, jakby bały się ich dotyku. W oddali romański kościółek przygnieciony niebem. Niesie na grzbiecie grzechy, jaszczurki zwinki i żółte mirabelki. Niewiele sypia. Woli nie zamykać czerwonych powiek, bo widzi wtedy żołnierzy, którzy nie wrócili z wojny. Wie, że nic już nie może dla nich uczynić. Jego towarzyszka morwa ciężko zachorowała i zabrały ją cmentarne anioły. Zaraz zleci słońce i czarne jeżyny. Fioletowy wrzos przycupnie na krawędzi świata. Drewniane młyny utknęły w miejscu. I nic wielkiego właściwie się nie stało. Pejzaż skrzypi pod stopami jak stare drewno. Żółte grążele wyciągają szyje. Łapią powietrze w płuca. Jaskółki i bociany nie zmieniły swoich dawnych szlaków. Tylko woda jest bezdomna.

 

 

Renata Diaków, godło „Zapatrzenie”

Nowogród Bobrzański

 

„W pociągu”

 

Jechaliśmy naprzeciw słońcu wyczekując światła po niewygodnej

nocy. Dłońmi wygładzaliśmy pogniecione policzki zgarniając

z rzęs resztki ciągnącego się snu odmierzanego kolejnymi stacjami.

 

Pierwsze promienie zapraszały podróżnych do wysiadania z pociągu,

a my ukołysani, wtuleni w siebie, przywoływaliśmy swoje ciała

porzucone na fotelach w zupełnie opustoszałym przedziale.

 

Pierwsze ożywały palce. Zaspane rozmazanymi ruchami potwierdzały

obecność jeszcze na wpół drzemiącego ciała, które domagało się dotyku

lekceważąc wstrzemięźliwość narzuconą dobrym wychowaniem.

 

Drugie ożywały usta rozchylone bezwładnie kuszące wilgotną

różowością freudowskich marzeń sennych przywierały leniwie

do rozwartych niespiesznych warg, bo to nie był pociąg pospieszny.

 

Trzeci ożywał język opadający biało-czerwonym szlabanem wstrzymując

oddech mieszał resztki snu z zielonością przemijającą za oknem

stwarzając nową paletę doznań obcą dla etapu fallicznego tej podróży.

 

Ostatnie budziło się pragnienie przyspieszając w rytmie turkotu kół

po linii prostej osadzone w równoległej przestrzeni szyn torowało sobie

drogę do celu ocierając się o lepką mroczność tunelu zamykało oczy

 

oślepione jasnością słońca, które wyszło nam naprzeciw.

 

 

 

Bartosz Dłubała, godło „ERUDYTA”

Rogalinek

 

 

„W tramwaju”

 

Ósma pięćdziesiąt, w kolejną mantrę

Przez okulary zamglone na drugą stronę,

Cyklicznie stacje paliw, uśmiechy neonów.

Wysiadłem na kolejnym przystanku.

A ty?

 

(28.08.2018)

 

„Środek lata”

 

Stoimy przed budą z lodami.

Lat temu nie pamiętam.

 

Spoceni od nadmiaru niedorzeczności.

Siorbiemy nektar z życia przez słomkę.

 

W podróży za więcej niż uśmiech.

Zmuszamy świat do zatrzymania.

 

Byleby uciec od rzeczywistości.

W plastikowo-plastikowych okularach.

 

Zapominamy czasem o bezczasie…

Poznamy się po kradzionych jabłkach.

 

(16.04.2019)

 

***

 

Listy do moich przyjaciół tomka sawyera tolka banana

To już jest spam wśród robionych kleksów

Ale spójrzmy na to od strony kolejki do punktu awizo

 

Pięknolica blondynka o urodzie plebejusza

Składa się z cukru drylowanych wiśni

Gdzieś na kolonii piętnastego lipca chociaż jestem ateistą

 

I codziennie odprawiam modły wraz z braćmi

Do naszej matki oraz jej towarzysza broni

Kwaśnego jak cytrusy za pazuchą

 

Których skórek nie noszę na barkach

Poza terenem skrzypienia klatki schodowej

A przy zjazdach z poręczy lekkie siniaczenie

 

Niedające się nie wkopać w kalendarz

Pachnący kanibalizmem sfotografowanych roślin

 

(22.09.2020)

 

 

Kategoria regionalna

miejsce pierwsze

Zuzanna Jurkiewicz, godło „Bratek”

Klucze

 

„Schronienie (Irenie Włodarczyk)”

 

Schodzi ze mnie skóra

jak tynk ze starych ścian

widać czerwoną cegłę

 

Rozbita między tym

kim jestem

a

kim chciałabym być

 

Krążę od wioski do wioski

nikt nie chce przyjąć

tak strasznie chorej

na beznadziejność

 

Tylko w małym stuletnim domku

z kryształowymi szybami

w wąskiej uliczce srebrnego miasta

świeci naftowa lampka

 

***

 

Zbyt długo trwało lato tego roku

jesień była zbyt ciepła

ogarnęła mnie pustka

dopadł brak natchnienia

 

Liście żółkły

a ja ciągle się spieszyłam

w końcu opadły

nawet nie słyszałam

ich kojącego szelestu pod stopami

 

A gdy w końcu przeszył mnie

pierwszy chłód

zrozumiałam

że zmarnowałam całą tegoroczną

jesień

 

 

 

miejsce drugie

Aneta Jasłowska, godło „Ankitołka”

Kamień Pomorski

 

„Szczyt wyobraźni”

 

Na Gubałówce usiadła cisza

kąpiąc nadzieję w pięknych widokach

i właśnie tutaj czasami pisarz

iskrzy wraz z weną skąpaną w oczach.

 

Cisza choć skromna, wiele wyśpiewa

i karmi duszę szeptem, westchnieniem,

szczytem pomysłów sięga do nieba,

choć nasze życie jest okamgnieniem.

 

Na Gubałówce usiadła strofa

między wersami szukała wdzięków,

chciała wędrowców w sobie rozkochać

i się odnaleźć w Kasprowym Wierchu.

 

Szlakiem po lazur unieść sens wiersza,

zatrzymać w sercu moment rozkoszy,

w otchłań wrzucając życiowy letarg

gdzie Wielka Krokiew myśli unosi.

 

Na Gubałówce usiadła fraza

rozwiana wiatrem górskiej plejady,

szukając pióra w rajskich obrazach

pozostawiła poezji ślady.

 

 

miejsce trzecie

Krystyna Gudel, godło „Cisza”

Suchowola

 

„W stolicy gór”

 

jest takie miejsce

w stolicy gór

gdzie krzyży rząd

gdzie stary mur

 

a na tym murze

tablice trzy

stąd płyną dźwięki

aż Giewont drży

 

tutaj artyści

i zasłużeni

kreślą dostojność

ojczystej ziemi

 

Tetmajer Orkan

Pęksa Witkacy

wielcy w swym dziele

inni Polacy

 

na tym cmentarzu

same zaszczyty

historię piszą

po górskie szczyty

 

Pęksowy Brzyzek

Ojczyzny ślad

wita się z niebem

na szczytach Tatr

 

***

 

pomiędzy

niebem a ziemią

Giewont

 

pomiędzy

chmurą a skałą

krzyż

 

pasja i pot

ślady stóp

i znicz

 

 

Anna Stolarczyk, godło „Konstancja”

Buczkowice

 

„Toponomastyka”

 

Moje serce wędruje od Mesznej niegdyś pokrytej mchem,

i z Meszniańskim (Dziadowskim) potokiem do Wilkowic

z biegającymi do dziś Młodymi Wilczkami. Przemierza

Bystrą ze źródełkiem Bystrzanki. Maszeruje na wskroś

Buczkowic dawniej porośniętych zielonymi buczkami.

Zwiedza tereny Rybarzowic, kiedyś ze stawem i rzeką

Żylicą pełną ryb. Podąża minionym echem szczyrkających

dzwoneczków owieczek ze Szczyrku. Przez szlaki Beskidu

 

Małego, Śląskiego i Żywieckiego zmierza wzwyż,

w kierunku szczytów górskich. Może sprawia to

atawistyczny pęd ludu wołoskiego lub bunt zbójników,

że przyjmuję postać niestrudzonego pielgrzyma.

 

A może to zwykła ucieczka od problemów,

od codziennego zgiełku, od przybierającego

na sile szumu medialnego wokół koronawirusa.

 

A gdyby tak schować się w szczelinie Klimczaka?

A gdyby tak wspiąć się na pobliską Magurkę?

Zostawić wszystko w dole. Na górze wykadrować

 

bezkres i detal natury. Zapisać w czarodziejski rejestr,

po czym złapać chmurę, spłynąć w kropli arché.

Wcale nie jest łyso na tej Łysej Górze, gdy

zamiast skarbu Ondraszka odnajdziemy palec Boży.

 

„Wspomnij”

 

Kiedyś był to mały świat. Oswojony

święty kąt. Tam poranki głaskały

ciepłym oddechem palonych ziaren

zbóż z cykorią i ziół.

 

Miał wiele, bo miał owce i pannę

w tiulowej mgle. Kapelusz mówił,

skąd pochodził. A złotogłów lśnił

królewskim złotem na tle gór.

 

Tutaj brzask różowieje miętą.

Ona również pamięta. Dagerotypia

długo srebrem malowała, zanim

powieszono metalowe obrazy

na ścianach ślemieńskich izb.

 

W dziecięcych rączkach

żywe drewniane koniki i ptaki,

brykały, ćwierkały. Na drodze

kocie łby tylko gładził deszcz.

 

Teraz wszystko z automatu. Dusza

nie nadąża. Nie ma dla niej miejsca

wśród elektronicznych włączników.

 

Pod galicyjskim zaborem

pańszczyzna się skończyła.

Nastało krótkie lato i sroga zima.

Do pustych żaren zaglądał głód.

 

Na rozstaju dróg kapliczki brak,

nie wiedziała dokąd pójść.

 

Kiedyś cukier krzepił, cholera zabijała.

A dziś jest biała. Wszystko przynosi

 

śmierć.

 

 

Wyróżnienia

Hanna Gołąb, godło „Fatamorgana”

Bolesław

 

 

31.08.2020

 

Stoimy pośrodku piaskowego niczego

Daleka już beztroska krętych ścieżek

Daleka jeszcze groza ciemnego boru

 

Niebo sennie mruży powiekę

chlapie wielobarwnymi łzami

My – już nie roześmiani, jeszcze nie zapłakani

 

Ja w tym rdzawym słońcu widzę

wszystkie dni opisane jak w atlasie

anatomię umierających dwóch miesięcy

 

Kości wapiennych skał

kurczące się mięśnie falujących pól

szemrzące tętnice Białej Przemszy

 

Szorstkie pięty waniliowej Pustyni

wszystkie palce u stóp

jej trawy, dzięcioły, sarny i spokój

 

Zgięte kolana krzykawieckiego kościółka

który daleko od ludzi, bliższy jest Bogu

choć zagubiony we własnym, wewnętrznym zamęcie

 

Otulające ramiona bydlińskich murów

Ich stateczność, bezpieczeństwo

odbite w Twoim spojrzeniu

 

Wszystkie jednostki bez długości i szerokości

podpisane zapachem, smakiem

namiętnościami wyśnionych przestrzeni

 

Gdy blask niknie, wracamy do normalności

Wychodząc z ciała znajomych miejsc

nie jesteśmy już pewni kim i czy jesteśmy

 

 

Ilona Zdziech, godło „Miło-mi”

Kraków

 

 

„W potoku” (Dolina Bolechowicka)

 

Moja dziewczynka

przegląda się w potoku

razem z bukiem stulistnym.

 

Zaciekawiona

mąci wodę, bez cienia

przebiegłości wróżbity,

 

i ze skupieniem

wypatruje kamieni

niczym diamentów w skale.

 

Dziś najmocniej odkrywa,

jak świeże jest jej ciało

obmyte w zimnej wodzie.

 

„Mam nowe dłonie!”

– woła – „Zobacz!” – I śmiała

unosi przedramiona:

biało-różowa skóra.

Nie pamięta – zdumiona

– kiedyś już taką miała.

 

Ogrzewam zmarznięte

dłonie i serce. Znów biegnie

w szeleszczący las.

 

Pamiętaj!

 

Jesteś strumieniem.

Ten potok w tobie płynie

i wszystko zmienia w blask.

 

 

„W wąwozie” (Poniedziałkowy Dół)

 

potężne złudzenie

toczy się w wąwozie

 

wysokość maskuje słabość

drzew o za płytkich korzeniach

 

ich korony upadną

do wiotkiego strumienia

 

pod bukowymi liśćmi

ubita czarna ziemia

 

w złamanych promieniach

słabe słońce się ściele

 

kokorycz w zalotnej pozie

spokojnie karmi trzmiele

 

rozszumiałe królestwo

pretensji rosnących w siłę

 

dywan z przepysznych zawilców

niczego nie ukryje

 

w stromiznach i na dnie

grozi zastygnięcie

 

otwarte przestrzenie

ledwo przeczuwane

 

przypadkowe  odgłosy

życia poza wąwozem

 

groźby to czy pokusy

czy dłoń dana na zgodę

 

kierunku nie rozpoznasz

mech tu po obu stronach

 

wszędzie gdzie świeżym żalem

spływa srebrna łza wody

 

Ale spiesz się go wybrać

bo jeśli ziemia zadrży

 

brzeg tej zastygłej rany

będzie krwawić pierwszy

 

 

„Jesień w Dolinie Mnikowskiej”

 

zielone lato

najzieleńsze ze wszystkich

powoli zaczyna uchodzić

 

w rozsyłanych pospiesznie

nasionach brzemiennych

przeszłością i jutrem

 

na pajęczych nitkach

w liściach szybujących

długim lotem w dolinę

 

niecierpliwym potokiem

wśród zakrętów i progów

blasku srebrnego i chłodu

 

w bursztynowe jesienie

w najmroźniejsze zimy

życia strzegą doliny

 

Tomasz Brodzki, godło „Magiczna lampa”

Gliwice

 

„Lato nad Kanałem Giżyckim”

 

Lato nad brzegi Kanału,

zwanego od miasta Giżyckim,

chłód znad Kisajna przywiało.

Zlatują się mewy, rybitwy.

 

Błyszczy w oddali zameczek,

czerwony od cegieł krzyżackich.

Od lat tu stoi, a przecież

miast wojen dziś mamy wakacje.

 

Dalej most sławny się kręci,

poprzecznie do drogi za miasto.

Widok zostaje w pamięci,

bo jeden jest taki: nasz własny.

 

Lato na brzegach Kanału

w powietrzu unosi tęsknotę

bliską baśniom i czarom,

realną jak wiśnia nad płotem.

 

Słońce powoli zachodzi,

kieruje podróżnych ku molo.

Starzy się bawią i młodzi,

w tle keyboard przygrywa wesoło.

 

Czasem się uda usłyszeć

beztroskie westchnienia i szepty.

Czasem wsłuchuję się w ciszę:

tu życie odbiera recepty.

 

Wschodzi noc jasna, perlista,

a woda się mieni granatem:

oddech jak dusza jest czysty,

a myśl krystaliczna jak płatek.

 

 

„Bezdroża północy”

 

Ruszyłem na północ, by się we wsi przejrzeć.

Droga na Mazury wiedzie przez Mazowsze.

Oczy już się błyszczą, powietrze jest lżejsze,

cisza w Nowogrodzie od słów GOP-u zdrowsza.

Bezdroży pod Łomżą nie znajdziesz w reklamie,

nie znajdziesz Budzewa, gdzie rządzą bociany.

Gdy tam dotrzesz, czujesz, jakbyś mijał bramę

podłódzkiej Arkadii, jakbyś patrzył z grani.

Zaniedbane chaty obok nowych willi,

pod kołami TIR-ów stary most się chwieje.

Widoki odludzia kłujące jak pilnik:

ten świat w ciszy zastygł, choć ma wiele wcieleń.

Przemierzysz prowincję, by dotrzeć do źródeł:

głosu ludzi, słońca i małych miasteczek.

Gdy dobrze się wsłuchasz, pojmiesz, że jest cudem,

że te ścieżki rzadko są celem wycieczek.

 

 

Krzysztof Ziemski, godło „Truwer”

Zielona Góra

 

Nowy Cmentarz w Zakopanem:

Przemysław Zbijewski (†1960)

 

Pachnące niebem Niżnie Rysy,

Bliskie, że tylko brać je w rękę,

Cień im do twarzy czerwiec przyszył,

Z wiatrem na wylot ciągle piękne.

 

On chciał to piękno z góry przynieść,

A kiedy runął w dół bez słowa,

Zawisł na nitce jak na linie

Barwny, choć smutny martwy owad.

 

 

Nowy Cmentarz w Zakopanem:

Aldona Szystowska (†1912)

 

Jeśli pod szczytem Krzesanicy

Zamgli się nieco lub spochmurni,

Tak łatwo wówczas z różnych przyczyn

Znaleźć się w żlebie Wielkiej Turni.

 

Białe wapienie schodzą stromo,

Nieśmiałą trawą przetykane,

Już nie ma żadnej z dróg do domu,

Chociaż tak blisko Zakopane.

 

 

Nowy Cmentarz w Zakopanem: Jadwiga

Honowska („Jagienka”), Zofia Krókowska (†1928)

 

Ten dzień jak prezent ponad góry wyciekł,

Sierpniowym słońcem skały poprzetykał,

Gdybyż tak spotkać się na Ostrym Szczycie,

W lekkim zaciszu Górnego Trawnika.

 

Wnet się pragnienia rozkrwawią jak rany,

Umilkną ciężko obarczone ręce,

Zabliźnią ślady po haku wyrwanym,

Nic się na świecie nie wydarzy więcej…

Galeria zdjęć: