„Z koszmaru w koszmar” – opowiadanie konkursowe

„Z koszmaru w koszmar” – opowiadanie konkursowe

Poniżej prezentujemy opowiadanie „Z koszmaru w koszmar” autorstwa Kamili Szmigiel, która zdobyła pierwsze miejsce w konkursie „Fantastyczny Dom Kultury” w kategorii dorośli.

Gustaw F. był zasłużonym aktorem, mającym na swoim koncie znaczną liczbę wielkich ról oraz jeszcze większą ilość wielbicielek. Nikogo nie zdziwił więc fakt, że już jako dyrektor Najbardziej Prestiżowego Warszawskiego Miejskiego Domu Kultury zaczął spotykać się z ikoną modelingu o egzotycznej urodzie i imieniu. Niestety, jak to często bywa w przypadku celebrytów, wierność nie trwała wiecznie. O ile ich związek o nowe wyzwania i sukcesy wzbogacili paparazzi, to rozstanie zatrzęsło całym światem show-biznesu. Żaden tabloid nie zostawiał na nich suchej nitki i każdy polował na pikantne szczegóły zerwania. Nawet filozofowie rozważali, z czyjej przyczyny nastąpił ów krach i standardowo o wszystko obwinili Schopenhauera.

Rozstanie również boleśnie dotknęło piękną Laritę, która skrywała jednak jeden decydujący sekret – była nie tylko modelką, lecz także wiceprezesem IV Sabatu Czarownic Mokotowskich. Zwołała towarzyszki na babski wieczór, podczas którego obficie lało się wino, łzy, przekleństwa i magiczne eliksiry. Jeden z takich wspólnie uwarzonych napojów wysokomagicznych został załadowany do strzykawki ukradzionej ze szpitalnego inwentarza, a następnie wstrzyknięty do ulubionych wiśniowych czekoladek Gustawa.

Paczka poleciała miotłowym ekspresem wprost do Najbardziej Prestiżowego Warszawskiego Miejskiego Domu Kultury, gdzie urzędował nieszczęsny i niczego nieświadomy łamacz wiedźmich serc. Tam z kolei bombonierka powieliła los swoich poprzedniczek – została zjedzona przy seansie z koniakiem i zaproszeniem prosto z Hollywood.

Następnego dnia nic nie było już takie samo jak przedtem…

*

Gustaw obudził się w dziwnym, nieznanym miejscu. Był przyzwyczajony do takich sytuacji, o ile dookoła otaczało go złoto, kryształowe żyrandole albo ściany pięciogwiazdkowych apartamentów. Ten pokój na pewno nie miał nic wspólnego z żadnym z wyżej wymienionych. Był szary i zaniedbany. Pogryzione przez rozhisteryzowanego maturzystę ekierki miały więcej kątów prostych niż ściany i okna w tym lokalu. Gustaw z trudem wstał, lecz nieznośny ból głowy z powrotem położył go do łóżka.

Chyba za dużo wczoraj wypiłem – mruknął i spróbował skupić się na szczegółach ostatniego wieczoru.

Niestety, we wspomnieniach nie zobaczył nic ponad pulsujący serduszkami obraz ulubionych czekoladek, koniaku i wymarzonego kontraktu z filmowej ziemi obiecanej. Gdzie więc to wszystko teraz się znajdowało?!

Gustaw przypomniał sobie motywujące słowa personalnego trenera, który budził go co dzień zapewnieniem, że to będzie najlepszy dzień w jego życiu. Odwołując się do tajników medytacji prastarych mistrzów Zen zwalczył początki migreny i wykonał kilka rozluźniających figur jogi. Napełniony optymizmem wstał i przeciągnął się. Podszedł do okna i wyjrzał przez ciężką zasłonę à la późny Gomułka.

Włosy stanęły mu dęba. Nic w tym, co widział, nie przypominało Warszawy ani nawet nie stało przy jej najbardziej peryferyjnych obrzeżach. Rysowała się przed nim panorama kilkunastu mizernych bloczków sięgających maksymalnie czwartego piętra, masa chylących się na boki koślawych domków z powiewającymi na wietrze ogrodzeniami oraz kilka monopolowych ze stałą eskortą zaczerwienionych pijaczyn. W tle, na wzgórzu, górował kościół i toporne, betonowe coś z zupełnie niedopasowanym zegarem na niskiej wieżyczce. Gustaw domyślił się, że budynek w pradawnych czasach świetności musiał być ratuszem.

– Gdzie ja jestem?! – wrzasnął Gustaw i podbiegł do drzwi.

Ktoś jednak go uprzedził.

– A to jest właśnie pan Gustaw F., nowy dyrektor naszego Miejskiego Domu Kultury! – zapowiedziało rozczochrane stworzenie w różowej podomce i z kocim bodyguardem ocierającym się o zwiotczałe łydki.

Ale…

Gratulujemy! To wybór pańskiego życia! – sapnął zaczerwieniony jegomość w topornym garniturze. Mężczyzna z trudem zmieścił się w drzwiach.

To jakieś nieporozumienie… Pomyliliście mnie z kimś państwo. Jestem bardzo znanym aktorem i właśnie wyjeżdżam do Hollywood!

Hollyczego? E tam, marnotrawstwo czasu!

Przecież…

A cóż może być piękniejszego od naszego Miejskiego Domu Kultury w Starym Ciemnogrodzie? To chyba najlepsze, co mogło pana spotkać…

Słucham? Ludzie, co wy bredzicie! Jestem przecież nominowany do Oscara!

He?

Występowałem w…

No właśnie, nie ma pan zbyt znacznej listy. Tylko parę seriali, zdaje się, „Zakrystia”, „M jak Małomiasteczkowo”…

To pomyłka! To niemożliwe! – krzyknął Gustaw i wyciągnął najnowszego iPhone’a, który o dziwo wciąż wiernie czekał w jego kieszeni.

Z szybkością błyskawicy przeciągnął palcem po klawiaturze i wpisał swoją tożsamość do wyszukiwarki. Wikipedia i Filmweb mieliły informacje z trudem, w końcu jednak znalazły niejakiego Gustawa F. i pokazały trzy do czterech niskobudżetowych filmów z jego udziałem oraz wielką liczbę seriali lotów równie wysokich co lądujący samolot. Cała dawna filmografia zniknęła.

Cooo? Co się dzieje?! – zdołał tylko wykrztusić z siebie, po czym zemdlał bardziej teatralnie niż na deskach sceny.

*

Panie Gustawie! Proszę się obudzić – szepnął jakiś miły damski głos obok jego ucha.

Gustaw podskoczył i rozejrzał się dookoła. Tym razem znajdował się w odrapanym korytarzu z recepcją i rozgałęzieniami prowadzącymi do jakichś pomieszczeń.

Gdzie…

Pan burmistrz kazał przenieść pana do nowego miejsca pracy. Witamy w Miejskim Domu Kultury w Starym Ciemnogrodzie! – krzyknęła rozentuzjazmowana kobieta.

Młoda, bardzo atrakcyjna kobieta, szczególnie od pasa w górę. Reszty jej ciała niestety nie mógł ocenić, bo była zakryta masywnym blokiem recepcji. Kobieta podała mu szklankę wody, która miała nieco dziwny smak. Powiedział o tym.

No cóż, u nas tak czasami chlorują. Chyba już tylko z przyzwyczajenia, a może nie chcą, żeby się chlor przeterminował… brunetka rozwiała natychmiast jego wątpliwości.

Aaa… zaraz… chlorują? Przecież to… to zabronione! Nieetyczne, niehumanitarne…

Szczerze rozbawiona brunetka zachichotała. Gustaw na chwilę odwrócił uwagę od wody i skupił się na jej oczach, które miały niezwykle złoty kolor.

Jaki pan jest zabawny! Ośrodek zdrowia nie narzeka na brak pacjentów, ale proszę się nie martwić, ta woda to nic strasznego – skwitowała. – Jeśli pan dostatecznie odpoczął, zapoznam pana z zakresem pańskich obowiązków.

W porządku – bąknął Gustaw i poszedł w ślady kobiety.

Miał dziwne wrażenie, że towarzyszka raczej sunie niż idzie. Nie słyszał też stukotu wysokich obcasów. W zasadzie to nie słyszał odgłosu żadnych butów, chociaż nawet jego miękkie pantofle głośno dudniły o toporne kafelki rodem z PRL-u. Nagle coś czarnego mignęło pod ciągnącą się do ziemi halką kobiety.

Eee…

Ach. Jestem nagą, o to chodzi? – spytała.

Chyba jedynie w mojej wyobraźni – mruknął rozmarzony Gustaw.

Ach, pan mnie źle zrozumiał! – zachichotała kobieta i podniosła sukienkę niczym Marilyn Monroe.

Efekt był stokroć bardziej piorunujący. Zamiast zgrabnych łydek i kolan, oczekiwanych przez Gustawa, pod materiałem wił się ciemnofioletowy ogon. Gustaw wrzasnął ze strachu i instynktownie pobiegł przed siebie. Zgubił się w rozgałęzieniu korytarzy, aż w końcu wpadł do małej sali kinowej.

Ekran zaśmiecała marna komedia o perypetiach mieszkańców zabitej dechami wsi. Dopiero teraz Gustaw zauważył, że znalazł się w małej kanciapie kinooperatora. Blady mężczyzna wyglądał na najnieszczęśliwszego człowieka na świecie. Zawzięcie majstrował przy kablach, jednak niewiele pomogło to agonalnym trzaskom projektora.

Dzień dobry – bąknął Gustaw.

Przecież wiem, że tu jesteś. Zamknij drzwi, światło przeszkadza.

Gustaw pośpiesznie zamknął drzwi i przysiadł obok kinooperatora.

Jestem…

Wiem.

Spotkałem kobietę w recepcji i…

Wiem.

Skąd…

Czytam w myślach. Jestem przecież wampirem.

To…

Nie, to nie absurd. Właściwie wcześniej robiłem w wywiadzie, tylko dostałem dyscyplinarkę. I teraz przekładam te durne kable tutaj. Co za robota… I jeszcze jakość filmów jest tak beznadziejna, że nie da się na to patrzeć. Nawet jak się nie ma wyostrzonego wzroku – żachnął się kinooperator i zwrócił w stronę Gustawa, szczerząc spiczaste kły.

Ja może już…

Do zobaczenia.

Gustaw wybiegł z salki jak oparzony. W oddali usłyszał odgłos sunącego wężowego ogona.

Panie dyrektorze! – dobiegł go słodki głos.

Niewiele myśląc, ruszył przed siebie. Wpadł do małej, zakurzonej sali teatralnej z kurtyną i wysokim balkonem. Z wysiłkiem pokonał wszystkie schody i schował się na najwyższym piętrze jaskółki. Skulił się za podziurawionym fotelem i zaczął powtarzać sobie, że na pewno nie zwariował.

Też będziesz strajkować? Ekstra!

Gustaw podskoczył z przerażenia. Nad sobą zobaczył zawieszoną w czerni twarz młodego mężczyzny o dużych, jasnych oczach.

Że jak?

Popierasz Strajk Niewinnie Oskarżonych i Strąconych z Nieba?

Słucham?

Mężczyzna westchnął i odwrócił się. Z koszuli na wysokości łopatek sterczały dwa kikuty.

Ee…

No tak, niech będzie! Jestem upadłym, to prawda! Tak, przyznaję, zabalowałem kilka razy ze śmiertelniczką, ale to jeszcze nie tragedia! Wy sobie idziecie do spowiedzi i cacy! A ja nawet do kościoła wejść nie mogę. Dlatego urządziłem strajk. Przyłączysz się?

Hmm… może innym razem… spieszę się…

Aaa, to ty jesteś tym nowym dyrektorem! Na pewno masz jakieś znajomości!

Obawiam się, że niestety nie pomogę…

Szkoda. No nic – westchnął upadły i wyciągnął wysłużony transparent z napisem: „Wybaczyć nam trzeba, czas wracać do nieba!”.

Gustaw z pośpiechem opuścił nieszczęśnika samotnie skandującego hasła tolerancji dla błądzących aniołów i wpadł za kurtynę. Długo wędrował w ciemności, aż w końcu usłyszał pstryknięcie i wszystkie światła skupiły się na nim. Chciał uciekać dalej, ale zderzył się z małym telewizorem, lewitującym jak na złość na jego drodze. Gustaw podniósł się i stanął twarzą w twarz z emisją gali Oscarów. Wszyscy odbierali złote statuetki, a gdy przyszła kolej na niego – chwila, o której zawsze marzył – prowadząca zatrzymała się z uśmiechem i niezgrabnie stwierdziła, że „Oskaa iz goin’ tuuuu… Ksistof Si!”.

Coo? Krzysiek C.? To… to beztalencie…? Mojego Oscara?! To jakiś koszmaaar! – krzyknął Gustaw i zaczął uderzać pięściami w ekran.

Niestety lub stety dla przyszłych pokoleń, ekran nie miał najmniejszego zamiaru pęknąć, a co dopiero się zarysować.

Panie dyrektorze! Co pan wyprawia!

Na domiar tego wszystkiego dopadła go tamta naga czy ubrana… Gustaw osunął się na kolana i zawył z rozpaczy, zatapiając ręce we włosach.

Mój Oscaaar…

Tak mi przykro. Ale niech pan dyrektor się nie martwi. Wszyscy pana wspieramy!

Gustaw nie miał innego wyjścia jak pozwolić się wynieść zza kurtyny przez ogon nagi, który czule owinął się wokół niego, a następnie po kilku atakach mniejszej lub większej histerii zasiąść w gabinecie dyrektora ciemnogrodzkiego MDK. Z wielkim żalem patrzył w kalendarz, który nieubłaganie informował o tkwiącej w coraz dalszej przeszłości ceremonii Oscarów. Naga próbowała pocieszyć go jak się dało, nawet strajkujący upadły przejął się jego losem i zaangażował w pomoc przy papierkowej robocie, której w tutejszym Domu Kultury było dwa razy więcej niż w każdym innym miejscu na świecie.

Wraz z burmistrzem miasteczka wyszukano dla niego najlepsze mieszkanie i to z widokiem na Miejski Dom Kultury, mogący poszczycić się wieloma atrakcjami, w tym tynkiem lecącym nie tylko ze ścian. Gustaw codziennie zasypiał i budził się z nadzieją, że to wcale nie dzieje się naprawdę. Niestety, nic nie wskazywało na wielką pomyłkę sennych marzeń. Koszmar dalej trwał w najlepsze.

*

Pewnego południa wydarzył się cud, bowiem Gustaw obudził się w swoim warszawskim apartamencie. W nogach łóżka siedziała Larita.

Cześć, misiaczku.

Co… co ty tu robisz?!

No… przepraszam, troszkę mnie poniosło z tym Ciemnogrodem.

To twoja sprawka?!

Nie martw się! Wszystko naprawię, żebyśmy znowu mogli być razem! – Zamruczała jak mały kotek i w mgnieniu oka znalazła się tuż przy nim.

I tak jestem skończony. Już dawno po Oscarach…

Larita zrobiła smutną minę i pogładziła go po policzku dłonią z długimi czarnymi paznokciami. Gustaw odepchnął ją z taką złością, że gdyby jego łóżko nie miało wielkości trzech miejsc parkingowych, to z pewnością zrzuciłby ją na podłogę.

To wszystko przez ciebie! Zniszczyłaś mi życie!

Larita przyłożyła mu palec do ust.

Oj wiem… ale zaraz temu zaradzimy.

Ciekawe jak!

Ubierz się najładniej jak potrafisz i chodź. Już nas spakowałam.

Ale…

Och, nie marudź!

Gustaw westchnął i poczłapał pod prysznic. Potem wszedł w gąszcz garderoby i strumienie wody kolońskiej, by na koniec wyjść w komplecie od Armaniego, Bossa i Gucciego. Larita czekała już w drogiej satynowej sukni wieczorowej i szpilkach.

No i co teraz?

Larita wzięła opartą o ścianę miotłę i otworzyła drzwi na balkon.

Co…

Chodź i pospiesz się!

Gustaw stanął jak oniemiały, Larita siłą pociągnęła go za kołnierz (o mały włos od uduszenia) i wsadziła na lewitującą miotłę. Za nimi wyleciały jeszcze trzy walizki, a następnie drzwi balkonu same zamknęły się od środka. Larita potrąciła stopą w wysokim obcasie metalową wypustkę miotły. Pojazd zawarczał jak szpanerski silnik i wyrwał się do przodu z prędkością większą od wyścigówki.

To się nie dzieje naprawdę…

Oczywiście, że tak! Za godzinę będziemy w Los Angeles, kotku!

Przecież gala była tydzień temu!

No cóż, czasu nie da się cofać w nieskończoność, ale do czternastu dni roboczych przymykają oko… Cieszysz się, prawda?

T-tak – bąknął Gustaw.

Patrząc na Laritę pożałował, że koszmar, z którego właśnie się obudził, przerodził się w kolejny, jeszcze gorszy…


Wyniki konkursu – TUTAJ

Redakcja i przeprowadzenie konkursu: Magdalena Świerczek-Gryboś

Galeria zdjęć: